Warning: file_get_contents(http://hydra17.nazwa.pl/linker/paczki/to-warstwa.pila.pl.txt): failed to open stream: HTTP request failed! HTTP/1.1 404 Not Found in /home/server455784/ftp/paka.php on line 5
271

język między jego zęby, a jej piersi - o Chryste, te niewiarygodne piersi - wcisnęły się w niego, nie panował już

271

- Jesteś stuknięty - powiedziała Ruby, czując, że sztywnieje. - Nevada nikogo nie zabił.
znaczenia. Prawnicy to załatwia.
- Pamietasz... och, no oczywiscie, ¿e nie... Wiesz, weszył
Eugenia.
rece zegarka. Wydało jej sie to dziwne. Była pewna, ¿e zawsze
- Nie... ju¿ po jej smierci jedna z katechetek ze szkółki
ukradkiem z domu w srodku nocy? Postanowiła, ¿e dowie sie
tchu ani logicznie myśleć. Kiedy podniósł głowę, spojrzała na niego zapłakana. - To na tobie mi zależy. Niech
niesmakiem, rozpaczliwym gestem wyrzucajac jedna reke w
Marla ugieły sie nogi. Wygieła całe ciało w łuk, a wtedy Nick
- Nie, nieprawda...
- Raczej przyspieszyłem. Powinienes sie z tego cieszyc.
53
troche upiornym usmiechem przylepionym do twarzy

środku dnia – wypadek. Ale Bentz nie dał za wygraną i w końcu udało mu się ruszyć.

– Co chcesz zrobić? – zapytała nieswoim głosem.
– Alan Gray? – powtórzył Montoya. – Słyszałem o nim?
Słyszała szybki, gwałtowny oddech napastnika; rozkoszował się jej cierpieniem. Mocniej
ściągnęła go na ziemię i podała kolejne zdjęcie. – Na rym jest coś, czego nie widać gołym
– Rany, zupełnie o niej zapomniałam.
Wracali do Parker Center, gdzie Hayes chciał zostawić Martinez. Później zawiezie Bentza
Wyczuwał, że Hayes także o tym wie. Travis i jego dziewczyna potwierdzili jego wersję
W tej dziedzinie operator komórkowy nie chciał mu pomóc; Hayes będzie musiał się
– A nie jestem? Odwrócił wzrok.
Zamieszanie wokół morderstwa bliźniaczek Springer nie zmieniało faktu, że to tylko
mu więcej, niż się spodziewał, ale i tak nie sądził, żeby Jennifer się z nią kontaktowała.
wspierać, czasem oficjalnie, czasem pod stołem. Jak na ironię, im lepiej smarowali tryby sprawiedliwości, tym wolniej się one obracały. Ale to wszystko wkrótce się zmieni. On tego dopilnuje. Przekręcił kluczyk. Bestia zakasłała kilka razy, zanim wreszcie ruszyła. - Teraz lepiej - mruknął. W samochodzie wciąż czuć było zapach papierosa Morrisette. Tak mu się przynajmniej wydawało. Nie mógł się uwolnić od tej kobiety. Włączył wycieraczki i otworzył okno. Wieczór jeszcze nie nadszedł, ale zwykle jasne ulice pociemniały od ciężkich chmur. Z drzew kapało, deszcz zacinał, a spod kół pryskały fontanny brudnej wody. Niestety wciąż było gorąco, szyby zaparowały. Włączył klimatyzację i wyjechał z parkingu. Droga do Caitlyn Bandeaux zajęła mu tylko kilka minut. Urocze gniazdko, pomyślał, patrząc na elegancki, starannie odnowiony dom, zbudowany tuż po wojnie secesyjnej... albo, jak twierdzili miejscowi, po wojnie wywołanej agresją Północy. Takie teksty nie przeszłyby w San Francisco, ale tutaj, w mieście dumnym ze swojej historii, ludzie myśleli inaczej. Dom w samym sercu zabytkowej dzielnicy, z widokiem na plac musiał kosztować fortunę. Ale dla pani Bandeaux to żaden problem. Miała naprawdę kupę kasy. Zdążył sprawdzić jej wyciągi z banku. Zarabiała trochę, projektując strony internetowe, ale większość jej dochodu i zdaje się dochodu Josha Bandeaux również pochodziła z funduszu powierniczego. Odkrył też coś dziwnego... duże miesięczne przelewy, które nie wyglądały na zwyczajne rachunki. Może jakaś kolejna inwestycja? Może coś jeszcze innego? Na przykład co? Szantaż? Opłacanie czyjegoś milczenia? Skręcił i zaparkował w bocznej uliczce. Nie chciał, żeby zauważyła jego samochód. Przeszedł przez ulicę w niedozwolonym miejscu, poszedł na tyły domu, od strony garażu, i zajrzał przez wąskie okienko. Chociaż w garażu było ciemno, rozpoznał sylwetkę białego lexusa. Zatem pani jest w domu. Świetnie. Zadowolony okrążył dom i otworzył furtkę. Gdy szedł ścieżką przez ogród, zwymyślała go bezczelna wiewiórka ukryta na gałęzi, wśród liści sasafrasu. - Cicho bądź - szepnął, a wiewiórka skoczyła na inną gałąź. Jednak nie doczekał się ciszy. Gdy wszedł po schodkach i nacisnął dzwonek, usłyszał jeszcze większy hałas. Kudłaty pies Caitlyn dostał świra i zaczął wściekle ujadać, tak jakby Reed był złodziejem, na tyle głupim, żeby dzwonić do drzwi. Czekał. Nikt nie otwierał. Ale wysoko w powietrzu unosiła się delikatna smuga dymu z papierosa. Zadzwonił jeszcze raz. Był pewien, że Caitlyn jest w domu, bo światło się paliło, a samochód stał w garażu. Wytarł mokrą od deszczu twarz, przeklął swojego pecha i zamarzył o papierosie. Wciąż tęsknił za uspokajającym działaniem nikotyny. Nic. Znowu nacisnął dzwonek. Mocno i natarczywie.
ludzi, warkot silników, ale wszystkie dźwięki docierały do niej, jakby stłumione, zapewne
W tym przypadku tak. Ale... przypomniał sobie, jak siedziała skulona na kanapie,
Zerkam w tylne lusterko i widzę swój uśmiech.

©2019 to-warstwa.pila.pl - Split Template by One Page Love